Latem zeszłego roku moja mama zakupiła via Internet zapach firmy Coty pod nazwą Kate Moss Velvet Hour. Pachnidło zakupione w ciemno pod wpływem zauroczenia pierwotną Kaśką. Po otwarciu przesyłki powąchałyśmy, pokiwałyśmy głowami, że niezły, ale szału nie ma. Wydał mi się wtedy przeciętniakiem bez finezji, która wg mnie jest w zapachu Kate. Flakonik powędrował więc na dno szuflady...
Tegoroczną Wielkanoc spędzałam u rodziców, nie zabrałam żadnego swojego pachnidła, a wychodząc ze święconką, machinalnie sięgnęłam właśnie po Velvet Hour i doznałam olśnienia.
Stałam w kościele i wwąchiwałam się w ten zapach.
Już nie był zlekceważonym przeciętniakiem, ale intrygującym zjawiskiem.
Kompozycja zaklasyfikowana jest jako kwiatowo-drzewna, ale dla mnie to nieporozumienie. Jakie kwiaty? Jest niby w składzie frezja, ale co ona jedna przeciw drewnu sandałowemu, ambrze, paczuli i olibanum! I dzięki Bogu, bo ja kwiatków nie znoszę. Ja zapach odbieram jako drzewny, troszkę kadzidlany, paczuli nie wyczuwam, ale to ona chyba podbija żywiczne, trochę chemiczne nuty. Całość niby intensywna, ale nie dusząca. Czytając opis składu, zachodziłam w głowę, skąd ja tu czuję cytrusy? I odkryłam - to olibanum - żywica o aromacie cytrusowym, jest sprawcą, ale to chyba dzięki niemu Velvet Hour zyskuje pomimo ciężkiego zestawu lekkość.
Trwałość wspaniała, wg mnie kompozycja świetnie nadaje się na dzień, jak i na wieczór.
No, a mama przekazała mi flakonik, widząc mój entuzjazm
-
Nataliette:
Pokaż wszystkie (1) ›